Nie wiem kim jest.

Czekam na to bardzo niecierpliwie.

Powinnam się cieszyć z tych wakacji. Najdłuższych w życiu. Każdy się cieszy, dlatego nie przyznaję się do tego, że mam już dość wolnego. Uważają mnie wtedy za lekko szurniętą, ale naprawdę mam już po dziurki w nosie tych wolnych dni.

Może to dlatego, że potrzebuję mieć ustalony tryb dnia. Wstać, zjeść, przygotować się, wyjść, zająć się czymś, wrócić, pójść na spacer z psem, wziąć prysznic, poczytać, pójść spać. Potrzebuję tego. Inaczej moje dni stają się nijakie i szare. Tracę energię do życia.

Gorsze jest to, że mam wrażenie, że ta energia jest ze mnie wysysana. Każdego wieczora kiedy tam przyjeżdżam, nie robimy ze sobą nic. Zawsze jest taki sam scenariusz: przychodzę, czasem idę wziąć prysznic, czasem nie, oglądamy telewizję, idziemy spać. Nie ma już chemii, zabawy, flirtu, „dreszczyku”. Straciliśmy to.

Nie rozumiem takiego „czegoś”, nie chcę żeby związek tak wyglądał. Próbowałam na każdy sposób, groźbą, nagrodą, karą, zakładami, obiecywaniem. Nie wiem już co mam robić. Męczę się z nim. Męczy mnie ta sytuacja, ale jednocześnie nie potrafię tego skończyć, powiedzieć mu, że mam dość. Za każdym razem kiedy mam to już na końcu języka milknę i odpuszczam.

Czuję się jakbym miała 40 lat i była przynajmniej 25 lat po ślubie z niewłaściwym mężczyzną. A bardzo mi do tego daleko. Mam wrażenie, że omija mnie całe życie, bo on się zmienił. Był inny, a teraz patrzę na niego i nie wiem kim jest.

Bardziej, mocniej, więcej.

Czuję się słaba. Jakbym nie miała kontroli nad własnym życiem.

Ostatnio w jednym z moich wpisów przeczytałam, że jestem z siebie zadowolona, że w ostatnich miesiącach wszystko mi się z powodzeniem udało i jest bardzo fajnie. W tym momencie mam ochotę to usunąć i napisać sprostowanie – byłam chwilowo upojona momentami powodzenia we wszechogarniającym niepowodzeniu.

Zaraz zaczynam studia, na które nie chcę iść, ale muszę. Muszę, bo inaczej stracę alimenty, czyli 70% środków mojego utrzymania. Nie dostałam się na kierunek, który sobie wymarzyłam, więc musiałam wybrać coś, na co rekrutacja jeszcze się nie zakończyła. Teraz uważam, że byłam głupia. Że nie dałam z siebie wszystkiego. Że nie postarałam się wystarczająco mocno, by zawalczyć o coś, na czym mi zależy. Żałuję. Teraz stracę cały rok na naukę czegoś, co prawie mnie nie interesuje, z czym nie wiążę swoich planów na przyszłość, nawet trochę. I to dlatego, że nie dałam z siebie wszystkiego kiedy mogłam.

Bo zawsze coś było ważniejsze. Chłopak, spacer z psem, zmęczenie, sen. Mogłam inaczej zorganizować sobie czas, postarać się bardziej, mocniej, więcej. Dlaczego tego nie zrobiłam? Teraz będę pluć sobie w brodę do momentu aż nie dostanę się na wymarzony kierunek.

Próbuję tłumaczyć to sobie jakoś. Że tak widocznie musiało być. Że może to jakiś boski plan na moje życie. Że może dobrze się stało, to będzie moja mała klęska, z której się podniosę, dam radę przez to przejść, stanę się silniejsza. Postaram się bardziej, mocniej, więcej i uda mi się. Będę walczyć tak mocno aż do momentu gdy sama z siebie będę dumna.

Szary i bez tytułu

Jest godzina 11:18. Siedzę przy biurku z całym dzbankiem wody z ogórkiem i cytryną. Całkiem smaczna. Przeglądam swój własny blog. Większości wpisów prawie nie poznaję, mam wrażenie, że napisał to ktoś inny. Dziwne. Zastanawiam się czy wszyscy blogerzy tak mają.

Jest 12 września 2016. Poniedziałek. Mam na głowie ręcznik i siatkę plastikową, bo moje włosy potrzebują półgodzinnej terapii odżywiającej. I piję wodę ogórkowo-cytrynową.

Ten wpis jest taki sam jak moje ostatnie miesiące życia. O czymś tam mówi, ale nie jest to ani zbyt ciekawe, ani zbyt poruszające, ani wymagające szczególnej uwagi. Szary. Jak ja. Jak moje ostatnie miesiące. Mogłabym aż pokusić się o stwierdzenie, że… Kurde, miałam fajne określenie, ale właśnie go zapomniałam. Trudno.

Chcę coś zmienić. Dzisiaj jest poniedziałek. W poniedziałki wypadałoby zrobić coś motywującego, coś innego, nowego. Wprowadzić jakąś nową zasadę, regułę, której będę się trzymać. Prawda?