Definitywnie kawa.

Klasa maturalna to jeden z najcięższych okresów, definitywnie.

Wstać. Kawa. Wyjść. Uczyć się. Kawa. Wrócić. Kawa. Uczyć się. Jeść. Kawa. Spać. I od nowa. Ciągle i ciągle.

Nie byłam w stanie robić nic innego, nic co sprawiałoby mi prawdziwą (taką naprawdę realną i prawdziwą) przyjemność. Fakt faktem, w weekendy znalazłam trochę czasu, by odłożyć repetytorium od biologii, ale zmęczenie brało górę…

Więc w sobotę o godzinie 21:28 leżę na kanapie i śpię, nieświadoma, że film, który chciałam obejrzeć właśnie się zaczął… Serio, nie mogę obejrzeć żadnego filmu od początku do końca.

Wiem, może trochę narzekam, ale z drugiej strony to ostatnio byłam naprawdę dzielna i nie miałam czasu na jakiekolwiek narzekanie, czy nawet myślenie o narzekaniu… Więc trochę muszę.

Czy działo się co nowego? Zapisałam się do pierwszej w życiu biblioteki. W końcu zdałam prawo jazdy. Biegam codziennie z psem po lesie, żeby uciec od tkanek roślinnych, komórek zwierzęcych i replikacji DNA. Słucham więcej muzyki, kiedy tylko mogę. Obwiesiłam tablicę korkową zdjęciami, cytatami i drobnymi pamiątkami, więc to dzieło jest już skończone. Nie przeczytałam od września ani jednej książki, która nie byłaby lekturą… W ramach kary, powinnam spędzić tydzień w mojej ciemnej i przerażającej piwnicy, której nienawidzę.

To był trudny czas. Wypełniony po brzegi czymś do zrobienia. Od dłuższego czasu chciałam tu wejść… Haha, pewnie zawsze to mówię… Tęsknię za pisaniem tutaj, często podświadomie, ale tak jest. To uzależnia i wciąga. Moje prywatne dragi we wpisach. 

Przyspieszyć rytm serca

Beznadziejne uczucie: żyjesz z dnia na dzień, bez planów, bez przeszkód, nic Cię nie ogranicza, nie zatrzymuje. Wiesz, że możesz w każdej chwili zrobić wszystko czego zapragniesz bez poniesienia konsekwencji. Szczególnie w wakacje, gdzie jesteś całkowicie wolna.. Nic ani nikt nie stoi Ci na przeszkodzie, by próbować życia. By je smakować. By żyć pełną piersią. Jednak podświadomość niemal krzyczy, że coś Cię omija. Że zbyt dużo tracisz, że coś tracisz. Dręczy Cię to i prześladuje pustką w sercu, której nie możesz zapełnić byle czym.

Czego Ci brakuje, hm? Masz niesamowitą mamę, z którą łączy Cię zaufanie, przyjaźń i nierozerwalna więź. Masz wspaniałą siostrę, co prawda upartą i nieznośną, z którą od czasu do czasu potrafisz się dogadać, ale dałybyście się za siebie pokroić. Masz cudownego chłopaka, który troszczy się o Ciebie, kocha Cię, chce spędzić z Tobą życie.

Masz plany na przyszłość. Wiesz czego chcesz. Za chwilę kończysz szkołę. Wkraczasz w samodzielność. W dojrzały, perfekcyjny świat „dorosłych”, który czeka na Ciebie z otwartymi ramionami.

Każdy kto patrzy na to wszystko z boku może powiedzieć, że to wydaje się takie… szczęśliwe. Niczego Ci nie brakuje. Masz wszystko czego do tej pory pragnęłaś.

Więc skąd to uczucie?

Otóż, nie. Nie mam wrażenia, że wykorzystuję każdy dzień co do sekundy, że żyję. Nie czuję tego tak jakbym chciała. Nie przekraczam granic, które sobie wytyczyłam kończących się na spokojnym, opanowanym i poukładanym życiu. Myślałam, że tak będzie lepiej, że trzymanie planu na każdy dzień w przemyślanym grafiku będzie dla mnie dobre i dzięki temu dam sobie radę. Nie zgubię się. Będę szczęśliwa. Myliłam się jednak.

Skąd te przemyślenia? Skąd pomysł żeby pisać takie rzeczy na blogu, na którego nie

wchodziłam od pół roku? A stąd, że moja siostra obudziła we mnie wątpliwości tylko kilkoma słowami:

” – Ej, no bo niby dlaczego nie wyskoczysz na piwo na plażę ze znajomymi? Co Cię tu trzyma, w domu? Wkurza mnie to, że masz tylu znajomych i nie potrafisz bawić się życiem.”

Głębokie, co? Tknęło mnie to dlatego, że osoba wypowiadająca te słowa, którą zawsze mam i będę miała za tą niesforną młodszą siostrzyczkę, ma rację. Nie bawię się życiem. Nie czuję, że żyję. 

Od tej pory mam to palące uczucie w klatce, by zrobić coś szalonego. Coś co mnie obudzi. Coś by poczuć, że tu jestem, że ta chwila się już nie wydarzy, że ta jedna jedyna sekunda jest warta zapamiętania do końca moich dni. Chcę poczuć jak krew krąży w moich żyłach, a serce przyspiesza.

Jak na razie jest tylko jeden moment, który to powoduje. Gdy on przy mnie jest. To są momenty warte zapamiętania. I nie, nie mówię, że to mi nie wystarcza, że to za mało. I nie, nie chcę żeby to się skończyło. Ale…

Ale boję się, że jeśli go stracę i nie będę chciała wspominać wspólnych zbyt bolesnych chwil to nie będę miała nic więcej w zanadrzu. Że nie przeżyję niczego więcej co może pozbawić oddechu… przyspieszyć rytm serca.

2015.

Mamy dziś drugi stycznia dwa tysiące piętnastego roku, a ja w końcu zdecydowałam się na napisanie kolejnego wpisu w mojej mizernej karierze, którego pewnie i tak prawie nikt nie przeczyta, ale myślmy pozytywnie. Wstęp tego wpisu powinien wyglądać następująco: wytłumaczenie dlaczego tak długo niczego nie napisałam, opis mojego jakże ogromnego szczęścia, przez co nie miałam czasu, użalanie się nad sobą co byłoby kolejnym powodem zaniedbania bloga, żal z tego powodu, mocne postanowienie poprawy. Ale nie mam zamiaru powielać swoich własnych schematów w nowym roku.

Potrzebowałam złapać oddech, chwili dla siebie, bez wywlekania myśli na wierzch. Zajęłam się sobą (chociaż nie do końca tak jak chciałam), rodziną, chłopakiem, przyjaciółmi. Mogę ocenić te kilka miesięcy na mocną dziewiątkę. Spędziłam fantastyczne chwile, które będę wspominać do końca życia, bo naprawdę warto o nich pamiętać.

Mimo, że pogoda nie dopisuje, jestem niewyspana, piję już drugą kawę (a jest dopiero jedenasta) i tak jak zwykle nic mi się nie chce to mam już ogólny zarys postanowień noworocznych. :)

Obym ich dotrzymała…

Pozory mylą.

„Oh I’m a mess right now
Inside out
Searching for a sweet surrender
But this is not the end
I can’t work it out
How going through the motions”

- I’m a mess Ed Sheeran

Jest mi przykro.

Zmęczenie, przygnębienie, ciężki oddech. Po każdym kolejnej godzinie. Chciałabym móc się z tego wyleczyć, bardzo. Poczuć to szczęście z niczego, z błahostki. Nie umiem czerpać energii z zewnątrz. Z ludzi naokoło mnie. Zamiast tego łzy napływają mi do oczu. Taka mała ja otoczona osobami, które zazdroszczą mi tego wszystkiego, tego jak dobrze ułożyło mi się w ostatnich miesiącach. Pozory mylą.

Przemijanie.

Każda chwila, i ta, której najbardziej się boisz, i ta, na której nie możesz się doczekać, w końcu nadejdzie. Prędzej czy później to się właśnie stanie, a potem minie. Nie unikniesz jej jeśli jest Ci przeznaczona. Lub jeśli nie jest.

Skąd taki wstęp? Od jakiegoś czasu mam świadomość każdej minuty swojego życia i nie wiem czy to jest dobre. Zaczynam się bać tego ile czasu marnuję, ile chwil po prostu mija, niewypełnionych niczym pożytecznym lub ile z nich przelatuje mi przez palce, nawet nie wiem kiedy.

Matura dopiero za dwa lata, ale moment siedzenia w sali obok prawie całej swojej klasy, z arkuszem papieru przed sobą mnie nie ominie. Tak jak chwile składające się na te całe dwa lata aż do tych krótkich sekund.

Ostatnio po obejrzeniu „Zostań, jeśli kochasz” dręczy mnie to ile rzeczy może wydarzyć się w ciąg paru sekund. Ile można stracić przez dobę. Ile można dokonać wyborów kiedy naprawdę się kocha.

To przez jesień. To jej wina, że dotykają mnie takie tematy. Wracam ze szkoły i myślę o rzeczach, nad którymi zwykle się nie zastanawiam. To przez liście. Liście zmuszają do myślenia niekoniecznie o czymś przyjemnym. Mimo to kocham tą porę roku. Nie jest ani za zimno, ani za ciepło, a ja oglądam kolejny odcinek Black Box z kakao w rękach. Cudo.

Krótka historia.

Uważam, że każdy z nas w jakiejś części jest pisarzem. Co dzień piszemy kolejny rozdział naszego opowiadania. Dbamy o szczegóły, drobnostki, które dobrze dopracowane dla kogoś innego mogą wydać się zbyt banalne lub sztuczne, ale nie dla mnie. Staram się pisać swoją historię tak, by ludzie znajdujący się w moim życiu chociażby na chwilę potrafili znaleźć choćby jeden fragment dla siebie. Tak, by się w nim odnaleźli.

Wyobraźcie sobie historię dziewczyny, zwykłej nastolatki, której wystarczyły dwa miesiące by zmienić wszystko.

W ciągu tych sześćdziesięciu dni odnalazła siebie. Znalazła swoje miejsce, którego jak dotąd wciąż szukała. Teraz już nie musi. Teraz wie gdzie należy. Poznała ludzi, tak niesamowitych, że nie potrafiłaby ich nie pokochać. Być może to właśnie w dużej mierze ich zasługa, że w tej chwili jest tym, kim jest. Do końca życia będzie im dozgonnie wdzięczna za ich niezwykłą zwykłość. Zaczęła doceniać rzeczy, które ma na co dzień, bez wygórowanych wymagań i stawiania sobie celów nie do spełnienia. Cieszy się każdą chwilą szczęścia, bo ma świadomość, że są one tak oryginalne i jedyne, że nie powtórzą się już w tej samej odsłonie. Nie ma zamiaru krzywdzić dłużej bliskich tylko po to, by pokazać wszystkim jaka jest silna, bo nie jest. Nikt nie jest. Uświadomiła to sobie o wiele za późno, ale równocześnie na tyle szybko, by naprawić to co dało się jeszcze odbudować. Dzięki temu znalazła też miłość.

Nie jest idealna. Nie ma idealnej miłości, ale dla niej On właśnie taki jest. Jest jej prywatnym ideałem, tylko dla niej. Jest dla niej tak ważny, tak bardzo potrzebny jej do życia, że osoba tak bliska w końcu staje się tlenem. Powietrzem, bez którego dusisz się i umierasz w męczarniach, w bólu, w zapomnieniu, jak to jest wziąć głęboki, życiodajny oddech. Ona wie, jak to jest umierać w ten sposób. Dzięki Niemu nie musi już tego czuć. Może odetchnąć Nim. Swoim Tlenem. Idealnym tylko dla niej.

Pierwszy września właśnie z impetem dał mi o sobie znać, ale nie boję się tego co mi oferuje. Mam zamiar czerpać garściami to co mnie czeka, bo wiem, że to jest właśnie moje życie i nie dostanę niczego więcej. Mam swojego chłopaka, swoją rodzinę, przyjaciół i ten świat, i muszę się tym cieszyć, bo dla nich jestem wyjątkowa. Oni mnie kochają. Nie musi kochać mnie cały świat. To co mam to i tak o wiele więcej niż mogłabym chcieć.

Fiesta!

Zaczęłam wakacje pełną gębą. Jedyne na co zabrakło mi czasu to pisanie na blogu. Wszystko co kocham, czego mi brakowało, czego potrzebowałam pojawiło się nagle, jak ta burza kilka dni temu zakłócająca ten gorąc i upał. Obudziłam się w środku nocy zbyt zaspana by stać i patrzeć na piękno błyskawic, ale ściana deszczu uderzająca w ziemię raz po raz świetnie wryła mi się w pamięć. Właśnie tak wyglądają teraz moje dni. Na każdy z nich spada właśnie taka nagła ściana szczęścia.

Pracuję odkąd tylko zaczęło się lato. Nie jest to zbyt wymagające zajęcie, ale zarabiam własne pieniądze i nie muszę nikogo już dłużej prosić o parę groszy na coś, na co mam ochotę. To niezłe uczucie, mieć własnoręcznie zarobione pieniądze i móc nimi zarządzać jak mi się żywnie spodoba. Owszem, praca zabiera mi dość dużo moich cennych wakacji, które powinnam przede wszystkim spędzać na odpoczywaniu od szkoły i mentalnym przygotowywaniu się do tego co czeka mnie we wrześniu, ale mimo wymieniania się z siostrą dzień po dniu (tak, dam jej też trochę zarobić, niech młoda uczy się odpowiedzialności) to i tak znajduję czas na przyjemności. Mam z tej pracy same korzyści: przebywam cały dzień na powietrzu, jestem opalona jak nigdy, poznałam fantastycznych ludzi, nie nudzę się w wakacje tak jak większość moich znajomych z liceum, chudnę w zastraszającym tempie, co odbija się pozytywnie na moim samopoczuciu i kondycji, ale przede wszystkim czuję tą niesamowitą satysfakcję, że nie przeleżę dwóch miesięcy do góry brzuchem. Chodzę lekko niewyspana, ale szczęśliwa, chociaż nie tylko zarobek ma na to wpływ. Kocham ten kontakt z ludźmi. Ten uśmiech wdzięczności, gdy mogę pokazać turystom właściwą drogę lub życzyć im miłego dnia w ten ukrop. Cieszy mnie to co robię i jestem pewna, że po powrocie do szkoły będzie mi bardzo brakowało zwykłego kontaktu z ludźmi, którzy wpływają na moje życie, a których już nigdy więcej nie będzie mi dane zobaczyć.

Po zakończonej lekturze Stephena Kinga pod tytułem „Joyland” mogę Wam powiedzieć, że to była najbardziej zaskakująca książka jaką kiedykolwiek przeczytałam. Nigdy w życiu nie spodziewałabym się takiego zakończenia. Do ostatniej kartki, do ostatniego zdania miałam przez cały czas otwarte usta w wyrazie zaskoczenia. Wow. Czegoś takiego jeszcze nie przeczytałam i jestem w cholerę zadowolona, że ta książka trafiła w moje ręce. W tej chwili jestem po 226 stronach najdłuższej i najcięższej książki jaką prawdopodobne zdarzy mi się czytać, również Kinga pod tytułem „Pod kopułą”. Podobała mi się już od pierwszego rozdziału i wcale nie narzekam nosząc te tysiąc stron w torebce każdego dnia.

Moje stosunki z rodziną i przyjaciółmi układają się niesamowicie dobrze. Dogadujemy się jak nigdy. Mama w końcu jest szczęśliwa i odrzuciła zupełnie stres związany z rozwodem i walką o alimenty dla mnie i mojej siostry. Cieszy się wakacjami tak samo jak my i wiem, że to może wyjść jej tylko i wyłącznie na dobre. Wspieram ją jak tylko mogę. Mam nadzieję, że o tym wie i da radę przejść przez to z pewnością siebie i przekonaniem, że teraz będzie już tylko lepiej.

Podsumowanie? Czytanie książek, praca, plaża, przyjaciele i rodzina, uśmiech na twarzy, opalenizna i aktywny wypoczynek to mój osobisty przepis na udane wakacje.

Nie tylko smutkiem żyją ludzie. Prawdziwym szczęściem trzeba umieć się cieszyć, ale przede wszystkim, trzeba umieć je dostrzec.

Dziesięć miesięcy.

Zajadam się właśnie płatkami z mlekiem i zastanawiam się jak mam podsumować ten dzień. A więc może tak:

Było nudno, długo, męcząco, ale szczęśliwie.

Tak. Wszyscy wydawali się zadowoleni, że ten pierwszy rok mają już za sobą. A gorszy przed sobą, chociaż nikt o tym teraz nie myśli. Nie podczas pierwszego dnia wakacji. Zakończenie się udało, aczkolwiek nie mogłam się doczekać momentu, w których chwycę to świadectwo, które mogło być o wiele lepsze (ale lenistwo mi na to nie pozwoliło…) i przebiorę się z galowych ciuchów w coś wygodniejszego, rozłożę się na kanapie i razem ze świeżo zakupioną powieścią Alex Kavy zacznę świętować dwa miesiące wolnego od szkoły.

Ten rok był pełen nowych rzeczy. Nowa szkoła, nowi nauczyciele, nowe przedmioty, nowi znajomi, nowe miejsce zamieszkania. Nowe nie zawsze oznacza gorsze. Wręcz przeciwnie. Okazało się, że wszystko co spotkało mnie w ciągu tych dziesięciu miesięcy było… Po prostu dobre. Pozytywne. 

Mam za sobą lepsze i gorsze chwile. Wiedziałam, że nie uniknę ani jednych, ani drugich. Podczas całego tego roku szkolnego towarzyszyły mi łzy, śmiech, rozgoryczenie, szczęście, smutek, zawód, radość, rozczarowanie, miłość. Wszystko takie jakie powinno być. W moich uczuciach zapanowała równowaga, na którą długo czekałam.

Wiem, że od września ostro zabieramy się do roboty z rozszerzeniami z biologii i chemii. I cieszę się z tego. Wreszcie będę uczyć się tego co mnie interesuje, co przyda mi się w przyszłości. Tak naprawdę uważam ten pierwszy rok stracony ze względu na to, że przedmioty, na których zależy mi najbardziej zostały po prostu zaniedbane. A po wakacjach wszyscy dostaną po tyłkach. Ale damy radę. Bo kto jak nie my.

Teraz została mi muzyka, filmy, książki, plaża, przyjaciele, seriale, odpoczynek, relaks, odpoczynek, odpoczynek, odpoczynek… 

A teraz sobie popłaczę.

Chciałabym być normalna. Tak normalnie normalna. Chciałabym nie tęsknić za byłym, który ma mnie gdzieś i nie wypłakiwać za nim oczu. Skąd ja mam wiedzieć czy on czuje to samo? HA. Gdyby tylko się odezwał, wiedziałabym.

Ale nie. Nigdy nie dostanę to czego chcę. Nigdy go nie dostanę. Nigdy nie będzie mój. Będę męczyć się 15 kilometrów od niego bez nadziei na to, że kiedykolwiek go jeszcze spotkam, a co tam. Nieważne, prawda? Tęsknota mi kiedyś przecież przejdzie. A teraz sobie popłaczę.

O niesprawiedliwości.

Życie nie jest sprawiedliwe. Przekonujemy się o tym na każdym kroku, każdego dnia. Nieważne czy to w życiu codziennym czy w tekstach kultury różnego rodzaju. Obrywamy w siedzenie tak mocno, że nie mamy siły dalej walczyć o coś, co jest już przegraną sprawą.

Nieważne czy się napracujesz. Ktoś kto nie robił nic, tylko grzał tyłek na kanapie, podczas gdy Ty zarywałeś noce i piłeś kawę za kawą, by lepiej się przygotować, dostał coś, o czym Ty nadal możesz tylko marzyć. Coś na co zasłużyłeś Ty, nie on. Tak jest zawsze, na każdym etapie naszego życia. Od przedszkola do starości.

Godząc się z tym, skazujesz się na wieczne poprawki tego, w co włożyłeś całe serce i mnóstwo godzin zaangażowania w pracę. Próbując z tym walczyć, wychodzisz na egoistę, a porażka zniechęca o wiele bardziej.

Nienawidzę niesprawiedliwości, z którą spotykam się codziennie. Nie umiem się z nią ani pogodzić, ani walczyć. Mogę tylko patrzeć jak inni dostają to czego chcą i protestować w duchu, popijając kawę, zarywać noce i siedzieć nad książkami. Nie mam czasu na nic, a mimo to staram się. Jeszcze próbuję. Wolałabym się ukryć, hen daleko i jak reszta mieć to wszystko gdzieś.