23 dni

Dni lecą mi obrzydliwie szybko.

Odliczanie rozpoczęte. Z ogólnych obliczeń wychodzi na to, że zostały mi 23 dni do matury. Czyli 552 godzin, z których średnio 138 prześpię… Więc na naukę mam już tylko 414 godzin…  A to natomiast wynosi trochę ponad 17 dni… To okropnie mało, a tak dużo jeszcze do powtórzenia… Zaczynam już mocno odczuwać nóż na gardle. Boję się tego momentu, gdy siedzę już na sali z czarnym długopisem w ręku, patrzę w arkusz i nie mam pojęcia co napisać w odpowiedzi… Nie znoszę myśli, że mogą zdarzyć się pytania o rzeczy, które zobaczę pierwszy raz w życiu. A przyglądając się naszym lekcjom biologii to właśnie tak może być. Wszystko może się zdarzyć.

Ciągle odczuwam ogromny brak kawy i zmęczenie. Piasek w oczach. Chciałabym żeby to się już skończyło.

Definitywnie kawa.

Klasa maturalna to jeden z najcięższych okresów, definitywnie.

Wstać. Kawa. Wyjść. Uczyć się. Kawa. Wrócić. Kawa. Uczyć się. Jeść. Kawa. Spać. I od nowa. Ciągle i ciągle.

Nie byłam w stanie robić nic innego, nic co sprawiałoby mi prawdziwą (taką naprawdę realną i prawdziwą) przyjemność. Fakt faktem, w weekendy znalazłam trochę czasu, by odłożyć repetytorium od biologii, ale zmęczenie brało górę…

Więc w sobotę o godzinie 21:28 leżę na kanapie i śpię, nieświadoma, że film, który chciałam obejrzeć właśnie się zaczął… Serio, nie mogę obejrzeć żadnego filmu od początku do końca.

Wiem, może trochę narzekam, ale z drugiej strony to ostatnio byłam naprawdę dzielna i nie miałam czasu na jakiekolwiek narzekanie, czy nawet myślenie o narzekaniu… Więc trochę muszę.

Czy działo się co nowego? Zapisałam się do pierwszej w życiu biblioteki. W końcu zdałam prawo jazdy. Biegam codziennie z psem po lesie, żeby uciec od tkanek roślinnych, komórek zwierzęcych i replikacji DNA. Słucham więcej muzyki, kiedy tylko mogę. Obwiesiłam tablicę korkową zdjęciami, cytatami i drobnymi pamiątkami, więc to dzieło jest już skończone. Nie przeczytałam od września ani jednej książki, która nie byłaby lekturą… W ramach kary, powinnam spędzić tydzień w mojej ciemnej i przerażającej piwnicy, której nienawidzę.

To był trudny czas. Wypełniony po brzegi czymś do zrobienia. Od dłuższego czasu chciałam tu wejść… Haha, pewnie zawsze to mówię… Tęsknię za pisaniem tutaj, często podświadomie, ale tak jest. To uzależnia i wciąga. Moje prywatne dragi we wpisach. 

Dziesięć miesięcy.

Zajadam się właśnie płatkami z mlekiem i zastanawiam się jak mam podsumować ten dzień. A więc może tak:

Było nudno, długo, męcząco, ale szczęśliwie.

Tak. Wszyscy wydawali się zadowoleni, że ten pierwszy rok mają już za sobą. A gorszy przed sobą, chociaż nikt o tym teraz nie myśli. Nie podczas pierwszego dnia wakacji. Zakończenie się udało, aczkolwiek nie mogłam się doczekać momentu, w których chwycę to świadectwo, które mogło być o wiele lepsze (ale lenistwo mi na to nie pozwoliło…) i przebiorę się z galowych ciuchów w coś wygodniejszego, rozłożę się na kanapie i razem ze świeżo zakupioną powieścią Alex Kavy zacznę świętować dwa miesiące wolnego od szkoły.

Ten rok był pełen nowych rzeczy. Nowa szkoła, nowi nauczyciele, nowe przedmioty, nowi znajomi, nowe miejsce zamieszkania. Nowe nie zawsze oznacza gorsze. Wręcz przeciwnie. Okazało się, że wszystko co spotkało mnie w ciągu tych dziesięciu miesięcy było… Po prostu dobre. Pozytywne. 

Mam za sobą lepsze i gorsze chwile. Wiedziałam, że nie uniknę ani jednych, ani drugich. Podczas całego tego roku szkolnego towarzyszyły mi łzy, śmiech, rozgoryczenie, szczęście, smutek, zawód, radość, rozczarowanie, miłość. Wszystko takie jakie powinno być. W moich uczuciach zapanowała równowaga, na którą długo czekałam.

Wiem, że od września ostro zabieramy się do roboty z rozszerzeniami z biologii i chemii. I cieszę się z tego. Wreszcie będę uczyć się tego co mnie interesuje, co przyda mi się w przyszłości. Tak naprawdę uważam ten pierwszy rok stracony ze względu na to, że przedmioty, na których zależy mi najbardziej zostały po prostu zaniedbane. A po wakacjach wszyscy dostaną po tyłkach. Ale damy radę. Bo kto jak nie my.

Teraz została mi muzyka, filmy, książki, plaża, przyjaciele, seriale, odpoczynek, relaks, odpoczynek, odpoczynek, odpoczynek… 

Uśmiecham się.

To nie jest mój dzień.

Może w tej chwili przesadzę, ale dzisiaj wcale nie czuję się dobrze z samą sobą. Po prostu. Nie chcę uśmiechać się na zawołanie po to, by wszyscy wokół mieli poczucie, że nie muszą się o mnie martwić, ale o, ironio, robię to. Uśmiecham się. Wbrew sobie, ale zawsze. Nikt nie zauważył, że mój dzisiejszy uśmiech to nie ten uśmiech. Sen jest najlepszy na tego typu dni. To trochę jak krótka śmierć ze świadomością, że za kilka godzin się obudzisz. Tego teraz potrzebuję. Snu. To nic, że nie nauczyłam się na wos, biologię i chemię. Trudno. Nie zdam. Kto by się przejmował.

A więc, dobranoc, ludzie.