Chcę mieć to za sobą.

Mam już naprawdę dość.

Dni uciekają mi przez palce, nawet nie wiem kiedy. Do matury coraz bliżej, a mam wrażenie, że umiem coraz mniej. Bardzo się boję. Że nie napiszę, że nie zdam, że nie będę wiedziała, że nie dam rady.

Najgorsze jest to, że nie czuję się na siłach żeby w ogóle tam iść. Wczoraj nawet nie poszłam do szkoły. Jeśli nie jestem w stanie iść do szkoły, to co dopiero napisać najważniejszy egzamin życia.

Nie mam motywacji. A problem tkwi w tym, że jestem zbyt ambitna i wiem na sto procent, że moje maturalne oceny nie będą mnie zadowalać. Nie poczuję dreszczyku satysfakcji.

Do tego dochodzi stres. W pewnych momentach jestem tak spanikowana, że mam ochotę rzucić się pod autobus byleby nie musieć tego zdawać. W innych, trochę mniej desperackich, nie obchodzi mnie czy zdam czy nie i z jakim wynikiem, tylko chcę mieć to za sobą.

Mam ostatnie dwa tygodnie żeby jeszcze czegoś się douczyć, coś powtórzyć, poćwiczyć. A zamiast tego, uciekam w jego ciepłe ramiona, bo tylko w nich jest mi dobrze i nie trzęsę się ze strachu.

23 dni

Dni lecą mi obrzydliwie szybko.

Odliczanie rozpoczęte. Z ogólnych obliczeń wychodzi na to, że zostały mi 23 dni do matury. Czyli 552 godzin, z których średnio 138 prześpię… Więc na naukę mam już tylko 414 godzin…  A to natomiast wynosi trochę ponad 17 dni… To okropnie mało, a tak dużo jeszcze do powtórzenia… Zaczynam już mocno odczuwać nóż na gardle. Boję się tego momentu, gdy siedzę już na sali z czarnym długopisem w ręku, patrzę w arkusz i nie mam pojęcia co napisać w odpowiedzi… Nie znoszę myśli, że mogą zdarzyć się pytania o rzeczy, które zobaczę pierwszy raz w życiu. A przyglądając się naszym lekcjom biologii to właśnie tak może być. Wszystko może się zdarzyć.

Ciągle odczuwam ogromny brak kawy i zmęczenie. Piasek w oczach. Chciałabym żeby to się już skończyło.

Byle do wakacji.

Nadal mam problem jeśli chodzi o organizację czasu. Cóż… To się chyba nigdy nie zmieni. Ciągle coś wpada w mój terminarz niezapowiedzianie przez co inne sprawy czy zadania muszę przesunąć na inny dzień. Innym razem dostaję „leniwca” i nie zrealizuję niczego co sobie zaplanowałam. Panie…

Jestem już zmęczona. Ledwo ciągnę dzień za dniem. W klasach jest gorąco, na dworze jest gorąco, a w domu jest gorąco. Chyba tylko w mojej lodówce jest wystarczająco chłodno.

Nie mam już sił po ośmiu godzinach w dusznych klasach siedzieć jeszcze przy lekcjach i zakuwać do następnych sprawdzianów. Nauczyciele chyba też są wkurzeni, że muszą pracować w taki upał i wyżywają się na nas przez sprawdziany, kartkówki, próbne matury i rozprawki na dwie godziny.

Żeby chociaż trochę odpocząć wybrałam się z koleżanką na film Grace księżna Monako. Podobał mi się. Muszę stanowczo zaprzeczyć wszystkim krytycznym uwagom na temat mimiki Nicole Kidman. Robi świetnie miny i jest super aktorką!

Nie mogę się doczekać wakacji i tego poczucia, że mam przed sobą tyle wolnych dni tylko dla mnie. Byle do wakacji.

Najlepszy żart świata.

Wagary udały się całkiem nieźle. Dziewczyny z klasy wpadły do mnie do domu, porobiłyśmy sobie zdjęcia, pogadałyśmy, pośmiałyśmy się. W sumie było fajnie, ale trochę żałuję, że nie byłam w szkole. Opuściłam sprawdzian i teraz muszę napisać go w innym terminie. Taa… Macie mnie. Inny termin = jutro, a ja wcale nie mam ochoty do nauki niemieckiego, bo… Jestem chora.

Nienawidzę. Być. Chora.

To chyba jedna z najgorszych rzeczy na świecie. Złe samopoczucie, lekarstwa, które nie chcą przejść przez bolące gardło, ciągłe dreszcze, nadrabianie materiału. Ale chorowanie ma swoje dobre strony. W końcu mogę się wyspać. Obejrzeć w telewizji czy internecie to co chcę, bo w tygodniu nie mam na to czasu. Przeczytać książkę. Pobyć sama z własnymi myślami. To jest w chorowaniu to, co najbardziej lubię. Moja siostra chodzi do szkoły, mama pracuje, a ojciec nie mieszka z nami od siedmiu miesięcy. Jestem tylko ja. Mogę robić co zechcę. Okej, przesadziłam… Mogę robić wszystko to, co mieści się w granicach sił i chusteczek do nosa.

Przede mną cały pierwszy sezon „Gry o tron”. Dlaczego? Nauczycielka z polskiego stwierdziła, że pięć obowiązkowych lektur to o wiele za mało jak na klasę biol-chemu, więc dołożyła nam całą listę filmów i książek, na których musimy się opierać, pisząc pracę na narzucony temat. Nieźle, nie? Przede mną ostatnia taka praca. W tym semestrze…

 Nie uwierzycie. Ja też nie      uwierzyłam. Mój kochany,    najdroższy, najfajniejszy tatuś  okazał się jeszcze większym  chamem, kłamcą, oszustem i  krętaczem niż myślałam. Napisał  pismo, że spłaca raty za mojego  laptopa (który był prezentem na  zakończenie szkoły), płaci za dodatkowe lekcje angielskiego (co jest absolutną bzdurą, bo z powodu braku pieniędzy nie byłyśmy na żadnej lekcji przez cały wrzesień, a on nigdy nie dał na to ani grosza), do tego daje nam kieszonkowe co tydzień (co jest po prostu śmieszne, bo raz dał mi i mojej siostrze po sto złotych, tylko i wyłącznie raz) i że wyprowadziłyśmy się w DOGODNYM DLA SIEBIE TERMINIE. To jest po prostu śmieszne. Wyrzucił nas na bruk, nie miałyśmy wyjścia. Kazał nam wyprowadzić się do końca tygodnia. Groził. I to jest sprawiedliwość? Tak bardzo zależy mu na córkach? Tak bardzo nas kocha? Jest takim wspaniałym ojcem, że robi wszystko, by zniszczyć nam życie? Byłam dla niego miła, bo nie robił problemów. Miał nas gdzieś przez całe wakacje. Nawet się nie odezwał. Żadnego telefonu. Żadnej wiadomości. Nic. A kiedy dostał pozew to raptem stał się takim dobrym rodzicem, tak? Gratuluję, tatusiu, więcej mnie nie zobaczysz. Spierdalaj.

O cholera… Wrzesień.

Wakacje minęły o wiele, wiele szybciej niżbym sobie tego życzyła. Tak naprawdę to nie zdążyłam nawet porządnie odpocząć od nauki, upierdliwych znajomych i zabieganego trybu życia, a tu BUM i wszystko zaczyna się od początku. Od początku, ale z nowymi twarzami latającymi po szkole i szukającymi sal, nowymi nauczycielami, nowymi przedmiotami.

Moi drodzy! Miśka zaczyna liceum!

Tak, właśnie. Dobre, nie? Klasa biologiczno-chemiczna. 1 b. Za pół roku słodka siedemnastka. Moja mama stara się wmówić mi, że zawsze będę jej malutką córeczką, ale to nie jest prawda. Wydoroślałam na samą myśl, że dorosłość się zbliża. Tak w przybliżeniu to mam zaplanowaną całą swoją przyszłość. Od A do Z. Na samą myśl się uśmiecham. Lubię to. Organizację. Tak, w tym czuję się dobrze. Nic nie powinno mnie zaskoczyć. Jestem przygotowana.

Rozpoczęcie o 10:00. Stare przyjaźnie zaczynają się o siebie upominać. Nieźle, że nadal chcą się przyjaźnić mimo tego, co mi zrobiły. Cóż… Nie mam zamiaru trzymać urazy. Tęskniłam. Mimo wszystko.

Od dzisiaj wracam do regularnego blogowania. Trzymajcie kciuki! :)

Zupełna klapa i brak motywacji.

Mam wrażenie, że jutro po przekroczeniu progu szkoły wrzasnę najgłośniej jak mogę i rzucę się z nożem na nauczycielkę chemii… Za co? Kto ją tak skrzywdził, że teraz musi być najgorszą babą pod słońcem ? Zadała nam dokładnie 18 zadań z tematu, którego nawet nie omówiła. Boże, czy w liceum na profilu biol-chem będzie jeszcze gorzej? Jeśli tak, to chyba zrobię wszystko by kiblować…

Wiecie czego mi brakuje mieszkając poza miastem? Uśmiechu, którego mogę wysyłać i odbierać od innych przechodniów. Może jestem walnięta, ale taka jest prawda. Idąc ulicą w centrum Sopotu mijam starszą panią i mimo, że widziałam ją już kiedyś nie krzyczę „dzień dobry” na całe gardło. Po prostu uśmiecham się szczerze i szeroko. A ona odwzajemnia uśmiech. I właśnie to powoduje, że mój dzień staje się lepszy. Automatyczne dostaję przypływu energii i wiem, że wszystko się ułoży. Tak samo jest z panem, który prowadzi swojego pupila na spacer i z ciężarną panią prowadzącą za rękę swoją małą córeczkę. Kiedy wracam w swoje strony (zadupie jak cholera, ale co zrobić?) widzę tylko skwaszone miny kierowców aut, który zajmują się tylko sobą, właśnie odbieranym telefonem albo tym, że jakiś upierdliwy bobas na tylnym siedzeniu wypłakuje sobie oczy. Tutaj ludzie nie mają za grosz sympatii do drugiego człowieka.

Cóż… Okazało się, że mam cukrzycę. Nie jakieś poważne stadium, ale zawsze. Niestety, po dziadku. Dzisiaj oberwało mi się za jedzenie czekolady (którą, nawiasem mówiąc, uwielbiam). Wystraszyli mnie, że w zaawansowanej cukrzycy ludziom trzeba obcinać stopy… Współczuję wszystkim cukrzykom. Ja na całe szczęście nie dam się doprowadzić do takiego stanu. Dzisiejsze pobieranie krwi – potrójne – było na tyle straszne (bo boli do tej pory), że muszę zacząć dbać o swoją wagę. I schudnąć…
Życzcie mi powodzenia. Przyda się.

Na pogodę już nawet nie marudzę. No trudno. Wypada się i będzie lepiej. Chociaż mam ochotę zrzucić już te ciepłe buty i długi płaszcz. Tęsknię za słońcem…

Och… Potrzebowałam tego. Pisanie jest cudowne. <3