Idealnie oddaje mnie

Tak naprawdę to nawet nie wiem jak powinien zaczynać się ten wpis… Przez ostatnie dwa tygodnie czułam zbyt dużo na raz, w zbyt dużym natężeniu, bez chwili wytchnienia, bez ciszy, której potrzebowałam. Płakałam prawie cały czas. Choć uważam, że to dobrze. Łzy oczyszczają.

Teraz widzę, że babcia miała rację, mówiąc, że kiedy coś się sypie to zawsze parami. U mnie są to nawet trójki, piątki, a może i lepiej.

Nie dość, że stanęłam w miejscu to dodatkowo mam przed sobą białą kartkę. Od jutra do końca wszystkiego, nie mam przed sobą nic. Biel. To nie byłoby aż takie złe gdyby nie to, że nie mam nawet małego pomysłu jak ją zapełnić. Nie mam w tym momencie żadnego planu na siebie.

Ten wpis jest cholernie chaotyczny, wiem. I chce mi się z tego śmiać. Bo idealnie oddaje mnie.

Lubię tu mieszkać.

Dopiero od kilku dni czuję się swobodnie. Wracam do domu po szkole, rzucam książki na stół i znowu wychodzę. Dobrze mi z tym. Wieczorem jestem zbyt zmęczona żeby myśleć i nie użalam się nad sobą.

Nie mam na to czasu. Jestem zbyt zajęta szkołą i przyjaciółmi dzięki czemu płacz i wszechogarniające poczucie beznadziejności, nawet jeśli przychodzi, jest szybko spychane na bok. To jest jeden z większych plusów popołudniowych wyjść ze znajomymi.

Drugi jest taki, że bardzo się ze sobą zbliżyliśmy. Mówimy sobie więcej, zwierzamy się sobie, więcej się śmiejemy. Nie ma między nami tylko tematów szkoły. Jesteśmy szczerzy i czujemy w sobie oparcie. Wiemy, że możemy przyjść do siebie ze wszystkim i nie zostaniemy wyśmiani. Gdybym nadal mieszkała na wsi wiem, że nie byłoby tak jak jest teraz. Czułabym się odizolowana, jakby coś mnie omijało. A teraz lubię tu mieszkać. Przeprowadzka była najlepszym pomysłem w życiu.

Spędziłam dzisiaj niesamowity dzień dziecka razem z moją mamą i siostrą. Jestem im wdzięczna, że wyciągnęły mnie z domu do lunaparku. Co prawda, jest mi niedobrze i chyba jutro nie zjem nic z obawy, że zwrócę, ale co tam, było super. Za rok powtórka gwarantowana.

Nikt i tak nie zauważy.

Najczęściej jest tak, że bliskie nam osoby nie widzą, że coś jest nie tak do momentu, w którym jest za późno. Nie widzą, zajęci własnymi sprawami, pogonią za pracą, domem, życiem codziennym, obowiązkami, przyjemnościami, lub po prostu nie chcą widzieć w obawie, że nie podołają, nie pomogą, z nadzieją, że to wszystko się jakoś ułoży i będzie dobrze. Zostawiają nas samych sobie. Niektórzy twierdzą, że to lepiej i wygrzebią się sami. Inni na różny sposób próbują zwrócić na siebie uwagę. Reszta po prostu sobie istnieje i tkwi w szarej codzienności, nic z tym nie robiąc. Po prostu egzystując.

Wczorajsza wizyta u lekarza uświadomiła mi, że moje stany depresyjne to tylko wynik niedoczynności tarczycy. Uśmiechnęłam się na wiadomość, że mogę płakać każdej nocy, kłaść się do łóżka w południe i nie wychodzić do wieczora, a potem zrzucić wszystko na niedobór hormonu. Nie wiem ile w tym co powiedziała lekarka jest prawdy. Nie wiem czy to rzeczywiście wina niesprawnego narządu, ale jeśli naprawdę mam problem z depresją, nikt i tak nie zauważy.

Chciałabym mieć kogoś bliskiego, komu mogłabym się wygadać. Kto by mnie objął i powiedział, że we mnie wierzy i dam sobie radę, bo jest ze mną i razem przejdziemy przez wszystko. Chciałabym mieć do kogo zadzwonić, gdy płaczę, a on pojawiłby się w drzwiach i został ze mną aż zasnę w jego objęciach. Chciałabym śmiać się z nim. Mieć powód, by się śmiać, uśmiechać. Chciałabym mieć kogo kochać i równocześnie być kochana.

Piosenka, która poprawia humor? Dzisiaj to The Fray – Love don’t die