Dumna z siebie.

Jest dokładnie 12:13. Kawa w kubku, która właśnie się kończy. Stos papierów na biurku. Kilka długopisów porozrzucanych po blacie. Kalendarz, po którym widać, że przeżył zbyt dużo jak na zwykły kalendarz. 23 maja 2016 roku.

Ostatnio zrobiłam się sentymentalna. Lubię wspominać i podsumowywać. A może to nie jest dobre słowo na określenie tego wszystkiego. Jestem dumna z siebie, to na pewno. Tak, ludzie, właśnie to napisałam, dziwne nie?

Zdałam egzaminy na prawo jazdy i teraz popylam sobie po mieście niczym Kubica. Co prawda, trochę mi to zajęło, ale się udało. Przynajmniej się tego podjęłam, w przeciwieństwie do mojego chłopaka. 1:0 dla mnie.

Skończyłam rok szkolny z całkiem ładną średnią. Uważam, że jak na totalne nic-nie-robienie to mogę pochwalić się świadectwem bez poczucia wstydu i piekących policzków. Co więcej, zdałam maturę, która nie okazała się tak okropna jak wszyscy mówią. Czekam na wyniki, bez stresu.

Dostałam pracę. Cieszę się z niej jak cholera. To będzie moja pierwsza praca, którą załatwiłam sobie sama. O którą sama powalczyłam. Wyszukałam, poszłam na rozmowę i się dostałam. Nawet spisałam sobie już listę rzeczy, które muszę kupić za pierwszą wypłatę. ;)

Jest dobrze. Nie jakoś super, bosko, odlotowo, ale dobrze. Pewnie, że mogłoby być lepiej: mój ojciec mógłby nie być dupkiem (chociaż to chyba niemożliwe), moja mama mogłaby się nami bardziej interesować, moja siostra mogłaby nie być taką zołzą, mogłabym już mieszkać z chłopakiem i w ogóle takie różne inne rzeczy… Ale bez tego też żyje mi się całkiem nieźle.

Dziesięć miesięcy.

Zajadam się właśnie płatkami z mlekiem i zastanawiam się jak mam podsumować ten dzień. A więc może tak:

Było nudno, długo, męcząco, ale szczęśliwie.

Tak. Wszyscy wydawali się zadowoleni, że ten pierwszy rok mają już za sobą. A gorszy przed sobą, chociaż nikt o tym teraz nie myśli. Nie podczas pierwszego dnia wakacji. Zakończenie się udało, aczkolwiek nie mogłam się doczekać momentu, w których chwycę to świadectwo, które mogło być o wiele lepsze (ale lenistwo mi na to nie pozwoliło…) i przebiorę się z galowych ciuchów w coś wygodniejszego, rozłożę się na kanapie i razem ze świeżo zakupioną powieścią Alex Kavy zacznę świętować dwa miesiące wolnego od szkoły.

Ten rok był pełen nowych rzeczy. Nowa szkoła, nowi nauczyciele, nowe przedmioty, nowi znajomi, nowe miejsce zamieszkania. Nowe nie zawsze oznacza gorsze. Wręcz przeciwnie. Okazało się, że wszystko co spotkało mnie w ciągu tych dziesięciu miesięcy było… Po prostu dobre. Pozytywne. 

Mam za sobą lepsze i gorsze chwile. Wiedziałam, że nie uniknę ani jednych, ani drugich. Podczas całego tego roku szkolnego towarzyszyły mi łzy, śmiech, rozgoryczenie, szczęście, smutek, zawód, radość, rozczarowanie, miłość. Wszystko takie jakie powinno być. W moich uczuciach zapanowała równowaga, na którą długo czekałam.

Wiem, że od września ostro zabieramy się do roboty z rozszerzeniami z biologii i chemii. I cieszę się z tego. Wreszcie będę uczyć się tego co mnie interesuje, co przyda mi się w przyszłości. Tak naprawdę uważam ten pierwszy rok stracony ze względu na to, że przedmioty, na których zależy mi najbardziej zostały po prostu zaniedbane. A po wakacjach wszyscy dostaną po tyłkach. Ale damy radę. Bo kto jak nie my.

Teraz została mi muzyka, filmy, książki, plaża, przyjaciele, seriale, odpoczynek, relaks, odpoczynek, odpoczynek, odpoczynek…