To u mnie częste

Niestety, moje chcenie czegoś więcej stoi w miejscu… Ponieważ ja stoję w miejscu.

Prawdopodobnie wina leży w zmęczeniu. Nie fizycznym, z moją kondycją coraz lepiej, tak na marginesie, ale tym bardziej wewnętrznym. Nie mogę wykrzesać z siebie tyle ile bym chciała. Brakuje mi entuzjazmu. To jest u mnie częste ostatnio.

Praca nie okazała się tak cudownie cudowna jak myślałam. Rezygnuję lada moment, inaczej dostanę bzika dzięki mojej szefowej-tyrance-psycholce. Nie potrafię uśmiechać się od ucha do ucha w obecności klientów jeśli ona stoi nade mną i krytykuje nawet za to, że za głośno oddycham. Tak więc od piątku jestem oficjalnie bezrobotna. 

Gorsze jest to, że cieszę się na samą myśl. Mam znowu ten okres kiedy chcę być sama. Ciągle i ciągle. Nie czuję się wtedy źle, tylko lepiej. Nie muszę nic mówić ani się uśmiechać. Nie muszę z nikim przebywać. To najlepszy czas w ciągu dnia, gdy tuż po relaksującym prysznicu oglądam ulubiony serial z kubkiem kawy w ręku, której ciepło dodaje otuchy w takie ulewy.

Dumna z siebie.

Jest dokładnie 12:13. Kawa w kubku, która właśnie się kończy. Stos papierów na biurku. Kilka długopisów porozrzucanych po blacie. Kalendarz, po którym widać, że przeżył zbyt dużo jak na zwykły kalendarz. 23 maja 2016 roku.

Ostatnio zrobiłam się sentymentalna. Lubię wspominać i podsumowywać. A może to nie jest dobre słowo na określenie tego wszystkiego. Jestem dumna z siebie, to na pewno. Tak, ludzie, właśnie to napisałam, dziwne nie?

Zdałam egzaminy na prawo jazdy i teraz popylam sobie po mieście niczym Kubica. Co prawda, trochę mi to zajęło, ale się udało. Przynajmniej się tego podjęłam, w przeciwieństwie do mojego chłopaka. 1:0 dla mnie.

Skończyłam rok szkolny z całkiem ładną średnią. Uważam, że jak na totalne nic-nie-robienie to mogę pochwalić się świadectwem bez poczucia wstydu i piekących policzków. Co więcej, zdałam maturę, która nie okazała się tak okropna jak wszyscy mówią. Czekam na wyniki, bez stresu.

Dostałam pracę. Cieszę się z niej jak cholera. To będzie moja pierwsza praca, którą załatwiłam sobie sama. O którą sama powalczyłam. Wyszukałam, poszłam na rozmowę i się dostałam. Nawet spisałam sobie już listę rzeczy, które muszę kupić za pierwszą wypłatę. ;)

Jest dobrze. Nie jakoś super, bosko, odlotowo, ale dobrze. Pewnie, że mogłoby być lepiej: mój ojciec mógłby nie być dupkiem (chociaż to chyba niemożliwe), moja mama mogłaby się nami bardziej interesować, moja siostra mogłaby nie być taką zołzą, mogłabym już mieszkać z chłopakiem i w ogóle takie różne inne rzeczy… Ale bez tego też żyje mi się całkiem nieźle.

Fiesta!

Zaczęłam wakacje pełną gębą. Jedyne na co zabrakło mi czasu to pisanie na blogu. Wszystko co kocham, czego mi brakowało, czego potrzebowałam pojawiło się nagle, jak ta burza kilka dni temu zakłócająca ten gorąc i upał. Obudziłam się w środku nocy zbyt zaspana by stać i patrzeć na piękno błyskawic, ale ściana deszczu uderzająca w ziemię raz po raz świetnie wryła mi się w pamięć. Właśnie tak wyglądają teraz moje dni. Na każdy z nich spada właśnie taka nagła ściana szczęścia.

Pracuję odkąd tylko zaczęło się lato. Nie jest to zbyt wymagające zajęcie, ale zarabiam własne pieniądze i nie muszę nikogo już dłużej prosić o parę groszy na coś, na co mam ochotę. To niezłe uczucie, mieć własnoręcznie zarobione pieniądze i móc nimi zarządzać jak mi się żywnie spodoba. Owszem, praca zabiera mi dość dużo moich cennych wakacji, które powinnam przede wszystkim spędzać na odpoczywaniu od szkoły i mentalnym przygotowywaniu się do tego co czeka mnie we wrześniu, ale mimo wymieniania się z siostrą dzień po dniu (tak, dam jej też trochę zarobić, niech młoda uczy się odpowiedzialności) to i tak znajduję czas na przyjemności. Mam z tej pracy same korzyści: przebywam cały dzień na powietrzu, jestem opalona jak nigdy, poznałam fantastycznych ludzi, nie nudzę się w wakacje tak jak większość moich znajomych z liceum, chudnę w zastraszającym tempie, co odbija się pozytywnie na moim samopoczuciu i kondycji, ale przede wszystkim czuję tą niesamowitą satysfakcję, że nie przeleżę dwóch miesięcy do góry brzuchem. Chodzę lekko niewyspana, ale szczęśliwa, chociaż nie tylko zarobek ma na to wpływ. Kocham ten kontakt z ludźmi. Ten uśmiech wdzięczności, gdy mogę pokazać turystom właściwą drogę lub życzyć im miłego dnia w ten ukrop. Cieszy mnie to co robię i jestem pewna, że po powrocie do szkoły będzie mi bardzo brakowało zwykłego kontaktu z ludźmi, którzy wpływają na moje życie, a których już nigdy więcej nie będzie mi dane zobaczyć.

Po zakończonej lekturze Stephena Kinga pod tytułem „Joyland” mogę Wam powiedzieć, że to była najbardziej zaskakująca książka jaką kiedykolwiek przeczytałam. Nigdy w życiu nie spodziewałabym się takiego zakończenia. Do ostatniej kartki, do ostatniego zdania miałam przez cały czas otwarte usta w wyrazie zaskoczenia. Wow. Czegoś takiego jeszcze nie przeczytałam i jestem w cholerę zadowolona, że ta książka trafiła w moje ręce. W tej chwili jestem po 226 stronach najdłuższej i najcięższej książki jaką prawdopodobne zdarzy mi się czytać, również Kinga pod tytułem „Pod kopułą”. Podobała mi się już od pierwszego rozdziału i wcale nie narzekam nosząc te tysiąc stron w torebce każdego dnia.

Moje stosunki z rodziną i przyjaciółmi układają się niesamowicie dobrze. Dogadujemy się jak nigdy. Mama w końcu jest szczęśliwa i odrzuciła zupełnie stres związany z rozwodem i walką o alimenty dla mnie i mojej siostry. Cieszy się wakacjami tak samo jak my i wiem, że to może wyjść jej tylko i wyłącznie na dobre. Wspieram ją jak tylko mogę. Mam nadzieję, że o tym wie i da radę przejść przez to z pewnością siebie i przekonaniem, że teraz będzie już tylko lepiej.

Podsumowanie? Czytanie książek, praca, plaża, przyjaciele i rodzina, uśmiech na twarzy, opalenizna i aktywny wypoczynek to mój osobisty przepis na udane wakacje.

Nie tylko smutkiem żyją ludzie. Prawdziwym szczęściem trzeba umieć się cieszyć, ale przede wszystkim, trzeba umieć je dostrzec.

O niesprawiedliwości.

Życie nie jest sprawiedliwe. Przekonujemy się o tym na każdym kroku, każdego dnia. Nieważne czy to w życiu codziennym czy w tekstach kultury różnego rodzaju. Obrywamy w siedzenie tak mocno, że nie mamy siły dalej walczyć o coś, co jest już przegraną sprawą.

Nieważne czy się napracujesz. Ktoś kto nie robił nic, tylko grzał tyłek na kanapie, podczas gdy Ty zarywałeś noce i piłeś kawę za kawą, by lepiej się przygotować, dostał coś, o czym Ty nadal możesz tylko marzyć. Coś na co zasłużyłeś Ty, nie on. Tak jest zawsze, na każdym etapie naszego życia. Od przedszkola do starości.

Godząc się z tym, skazujesz się na wieczne poprawki tego, w co włożyłeś całe serce i mnóstwo godzin zaangażowania w pracę. Próbując z tym walczyć, wychodzisz na egoistę, a porażka zniechęca o wiele bardziej.

Nienawidzę niesprawiedliwości, z którą spotykam się codziennie. Nie umiem się z nią ani pogodzić, ani walczyć. Mogę tylko patrzeć jak inni dostają to czego chcą i protestować w duchu, popijając kawę, zarywać noce i siedzieć nad książkami. Nie mam czasu na nic, a mimo to staram się. Jeszcze próbuję. Wolałabym się ukryć, hen daleko i jak reszta mieć to wszystko gdzieś.