2 x P, czyli pozytywne podsumowanie

Jestem pewna, że ktoś kto tu zagląda i czyta te wypociny myśli sobie coś w stylu: o matko kochana moja, ta dziewczyna nic innego nie robi tylko marudzi i narzeka, a w ogóle to jej życie to jakiś kiepski żart…

Tak więc nadszedł czas na sprostowanie. Ogarnęłam trochę poprzednie wpisy i wyszło na to, że baaaardzo przesadzam. To pewnie tylko chwilowa zmiana nastroju, a jutro znowu mi się odwidzi i będzie jak zawsze… Więc dziś będzie pozytywnie.

Naprawdę nie mam takiego złego życia jakby się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Kończę szkołę. Owszem, nie mam najlepszych ocen w tym roku. Opuściłam się bardzo w nauce ze względów zdrowotnych, ale też z lenistwa. Wyniki z matur też pewnie nie będą powalające, ale wystarczą mi by dostać się na obrany kierunek studiów.

Mimo rozwodu rodziców i tego, że mój ojciec nie ma zamiaru utrzymywać kontaktu ze swoimi dziećmi to jest mi teraz po prostu lepiej. Mam wspaniałego chłopaka, z którym jestem cholernie szczęśliwa. Dogaduję się z siostrą, nawet nie kłócimy się już tak bardzo. Moja mama to najodważniejsza, najcudowniejsza, najukochańsza kobieta na świecie, która przeszła zbyt wiele, ale odnalazła szczęście. Nawet przeżywa teraz drugą młodość, inwestuje w siebie. Zakochała się ponownie, a jej facet jest świetny. Chodzi na siłownię, lekcję tańca, mecze koszykówki, była w Grecji. Lubię patrzeć jak odżyła po toksycznym związku z moim ojcem. Mam też najlepszych dziadków pod słońcem, o których każda wnuczka i wnuczek mogą pomarzyć.

Mam dużo zainteresowań. Lubię kiedy ciągle się coś dzieje. Ale nie pogardzę wieczorem przed telewizorem. Też zaczęłam inwestować w siebie, jak moja mama. Lepiej się odżywiam, dbam o siebie, chodzę na siłownię, spotykam się ze znajomymi, odnawiam kontakty. Zrobiłam nawet listę książek, które chcę przeczytać podczas najdłuższych wakacji życia. Mnóstwo zaległych filmów też czeka by je obejrzeć. 

Pójdę do pracy tuż po maturze. Nie chcę przeleżeć 5 miesięcy w łóżku (chociaż może…). Poza tym nie mogę być tylko i wyłącznie na utrzymaniu dość małej pensji mojej mamy. Chcę jej pomóc, w jakiś sposób, a postaranie się o wyeliminowanie chociaż jakiejś części kosztów swojego utrzymania jest dobrym pomysłem. 

Tak więc, w podsumowaniu, jak widzicie, naprawdę nie jest najgorzej. Serio. Trzymam się dzisiaj zaskakująco dobrze. Uśmiecham się, jestem wyspana, idę do szkoły dopiero na 12:00. Potem siłownia, trochę arkuszy maturalnych. Jest dobrze. 

Przyspieszyć rytm serca

Beznadziejne uczucie: żyjesz z dnia na dzień, bez planów, bez przeszkód, nic Cię nie ogranicza, nie zatrzymuje. Wiesz, że możesz w każdej chwili zrobić wszystko czego zapragniesz bez poniesienia konsekwencji. Szczególnie w wakacje, gdzie jesteś całkowicie wolna.. Nic ani nikt nie stoi Ci na przeszkodzie, by próbować życia. By je smakować. By żyć pełną piersią. Jednak podświadomość niemal krzyczy, że coś Cię omija. Że zbyt dużo tracisz, że coś tracisz. Dręczy Cię to i prześladuje pustką w sercu, której nie możesz zapełnić byle czym.

Czego Ci brakuje, hm? Masz niesamowitą mamę, z którą łączy Cię zaufanie, przyjaźń i nierozerwalna więź. Masz wspaniałą siostrę, co prawda upartą i nieznośną, z którą od czasu do czasu potrafisz się dogadać, ale dałybyście się za siebie pokroić. Masz cudownego chłopaka, który troszczy się o Ciebie, kocha Cię, chce spędzić z Tobą życie.

Masz plany na przyszłość. Wiesz czego chcesz. Za chwilę kończysz szkołę. Wkraczasz w samodzielność. W dojrzały, perfekcyjny świat „dorosłych”, który czeka na Ciebie z otwartymi ramionami.

Każdy kto patrzy na to wszystko z boku może powiedzieć, że to wydaje się takie… szczęśliwe. Niczego Ci nie brakuje. Masz wszystko czego do tej pory pragnęłaś.

Więc skąd to uczucie?

Otóż, nie. Nie mam wrażenia, że wykorzystuję każdy dzień co do sekundy, że żyję. Nie czuję tego tak jakbym chciała. Nie przekraczam granic, które sobie wytyczyłam kończących się na spokojnym, opanowanym i poukładanym życiu. Myślałam, że tak będzie lepiej, że trzymanie planu na każdy dzień w przemyślanym grafiku będzie dla mnie dobre i dzięki temu dam sobie radę. Nie zgubię się. Będę szczęśliwa. Myliłam się jednak.

Skąd te przemyślenia? Skąd pomysł żeby pisać takie rzeczy na blogu, na którego nie

wchodziłam od pół roku? A stąd, że moja siostra obudziła we mnie wątpliwości tylko kilkoma słowami:

” – Ej, no bo niby dlaczego nie wyskoczysz na piwo na plażę ze znajomymi? Co Cię tu trzyma, w domu? Wkurza mnie to, że masz tylu znajomych i nie potrafisz bawić się życiem.”

Głębokie, co? Tknęło mnie to dlatego, że osoba wypowiadająca te słowa, którą zawsze mam i będę miała za tą niesforną młodszą siostrzyczkę, ma rację. Nie bawię się życiem. Nie czuję, że żyję. 

Od tej pory mam to palące uczucie w klatce, by zrobić coś szalonego. Coś co mnie obudzi. Coś by poczuć, że tu jestem, że ta chwila się już nie wydarzy, że ta jedna jedyna sekunda jest warta zapamiętania do końca moich dni. Chcę poczuć jak krew krąży w moich żyłach, a serce przyspiesza.

Jak na razie jest tylko jeden moment, który to powoduje. Gdy on przy mnie jest. To są momenty warte zapamiętania. I nie, nie mówię, że to mi nie wystarcza, że to za mało. I nie, nie chcę żeby to się skończyło. Ale…

Ale boję się, że jeśli go stracę i nie będę chciała wspominać wspólnych zbyt bolesnych chwil to nie będę miała nic więcej w zanadrzu. Że nie przeżyję niczego więcej co może pozbawić oddechu… przyspieszyć rytm serca.

Lubię tu mieszkać.

Dopiero od kilku dni czuję się swobodnie. Wracam do domu po szkole, rzucam książki na stół i znowu wychodzę. Dobrze mi z tym. Wieczorem jestem zbyt zmęczona żeby myśleć i nie użalam się nad sobą.

Nie mam na to czasu. Jestem zbyt zajęta szkołą i przyjaciółmi dzięki czemu płacz i wszechogarniające poczucie beznadziejności, nawet jeśli przychodzi, jest szybko spychane na bok. To jest jeden z większych plusów popołudniowych wyjść ze znajomymi.

Drugi jest taki, że bardzo się ze sobą zbliżyliśmy. Mówimy sobie więcej, zwierzamy się sobie, więcej się śmiejemy. Nie ma między nami tylko tematów szkoły. Jesteśmy szczerzy i czujemy w sobie oparcie. Wiemy, że możemy przyjść do siebie ze wszystkim i nie zostaniemy wyśmiani. Gdybym nadal mieszkała na wsi wiem, że nie byłoby tak jak jest teraz. Czułabym się odizolowana, jakby coś mnie omijało. A teraz lubię tu mieszkać. Przeprowadzka była najlepszym pomysłem w życiu.

Spędziłam dzisiaj niesamowity dzień dziecka razem z moją mamą i siostrą. Jestem im wdzięczna, że wyciągnęły mnie z domu do lunaparku. Co prawda, jest mi niedobrze i chyba jutro nie zjem nic z obawy, że zwrócę, ale co tam, było super. Za rok powtórka gwarantowana.

Już mnie nie ma w realnym świecie.

O LUDZIE! Ale się wydarzyło. Żałuję, że nie pisałam na bieżąco o tym wszystkim, bo teraz mam tyle zaległości, że nie wiem czy podołam.

Po pierwsze: zapierdziel w szkole. Poprawianie ocen byle tylko byłyby najlepsze, bo przecież osiem przedmiotów mi odchodzi! Na przykład między innymi historia i fizyka, a ja mam tylko dostateczny z obu przedmiotów… Nie wspominając o wos’ie, z którego mam dopuszczający… Zupełnie olałam sobie ten semestr, ale z tego co wiem to moi koledzy z gimnazjum także. Może to taki syndrom już-nie-gimbusów-ale-jednak-jeszcze-tak. Muszę wziąć się w garść, ale to nie jest takie proste kiedy złapię za książkę Kinga. To jest wręcz cholernie trudne, bo nie mogę o niczym więcej myśleć tylko o postaciach i koniec. Już mnie nie ma w realnym świecie. Na szczęście udało mi się wywalczyć lepsze oceny i nie utonęłam w dwójach. W przeciwieństwie do mojej siostry.

Jest tylko dwa lata młodsza i mimo, że była wychowywana tak samo jak ja to poszła zupełnie w drugą stronę. Nie wiem co się z nią stało, ale jest strasznie pyskata, samolubna i bezczelna. Staram się pokazać jej, że nie tak powinna postępować, szczególnie w odzywaniu się do mamy, która i tak za dużo już dla nas poświęciła.

WAGARY. Moje drugie w tym roku szkolnym WAGARY. A co tam. Trzeba czasem się wyspać i odpocząć. Co z tego, że zaraz przeleżę w łóżku dwa tygodnie? Dzień laby jest jak najbardziej wskazany.

Wierzę w to, że przetrwacie do ferii bez zbytnio zjechanej psychiki. Trzymam kciuki. ;)