To u mnie częste

Niestety, moje chcenie czegoś więcej stoi w miejscu… Ponieważ ja stoję w miejscu.

Prawdopodobnie wina leży w zmęczeniu. Nie fizycznym, z moją kondycją coraz lepiej, tak na marginesie, ale tym bardziej wewnętrznym. Nie mogę wykrzesać z siebie tyle ile bym chciała. Brakuje mi entuzjazmu. To jest u mnie częste ostatnio.

Praca nie okazała się tak cudownie cudowna jak myślałam. Rezygnuję lada moment, inaczej dostanę bzika dzięki mojej szefowej-tyrance-psycholce. Nie potrafię uśmiechać się od ucha do ucha w obecności klientów jeśli ona stoi nade mną i krytykuje nawet za to, że za głośno oddycham. Tak więc od piątku jestem oficjalnie bezrobotna. 

Gorsze jest to, że cieszę się na samą myśl. Mam znowu ten okres kiedy chcę być sama. Ciągle i ciągle. Nie czuję się wtedy źle, tylko lepiej. Nie muszę nic mówić ani się uśmiechać. Nie muszę z nikim przebywać. To najlepszy czas w ciągu dnia, gdy tuż po relaksującym prysznicu oglądam ulubiony serial z kubkiem kawy w ręku, której ciepło dodaje otuchy w takie ulewy.

2 x P, czyli pozytywne podsumowanie

Jestem pewna, że ktoś kto tu zagląda i czyta te wypociny myśli sobie coś w stylu: o matko kochana moja, ta dziewczyna nic innego nie robi tylko marudzi i narzeka, a w ogóle to jej życie to jakiś kiepski żart…

Tak więc nadszedł czas na sprostowanie. Ogarnęłam trochę poprzednie wpisy i wyszło na to, że baaaardzo przesadzam. To pewnie tylko chwilowa zmiana nastroju, a jutro znowu mi się odwidzi i będzie jak zawsze… Więc dziś będzie pozytywnie.

Naprawdę nie mam takiego złego życia jakby się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Kończę szkołę. Owszem, nie mam najlepszych ocen w tym roku. Opuściłam się bardzo w nauce ze względów zdrowotnych, ale też z lenistwa. Wyniki z matur też pewnie nie będą powalające, ale wystarczą mi by dostać się na obrany kierunek studiów.

Mimo rozwodu rodziców i tego, że mój ojciec nie ma zamiaru utrzymywać kontaktu ze swoimi dziećmi to jest mi teraz po prostu lepiej. Mam wspaniałego chłopaka, z którym jestem cholernie szczęśliwa. Dogaduję się z siostrą, nawet nie kłócimy się już tak bardzo. Moja mama to najodważniejsza, najcudowniejsza, najukochańsza kobieta na świecie, która przeszła zbyt wiele, ale odnalazła szczęście. Nawet przeżywa teraz drugą młodość, inwestuje w siebie. Zakochała się ponownie, a jej facet jest świetny. Chodzi na siłownię, lekcję tańca, mecze koszykówki, była w Grecji. Lubię patrzeć jak odżyła po toksycznym związku z moim ojcem. Mam też najlepszych dziadków pod słońcem, o których każda wnuczka i wnuczek mogą pomarzyć.

Mam dużo zainteresowań. Lubię kiedy ciągle się coś dzieje. Ale nie pogardzę wieczorem przed telewizorem. Też zaczęłam inwestować w siebie, jak moja mama. Lepiej się odżywiam, dbam o siebie, chodzę na siłownię, spotykam się ze znajomymi, odnawiam kontakty. Zrobiłam nawet listę książek, które chcę przeczytać podczas najdłuższych wakacji życia. Mnóstwo zaległych filmów też czeka by je obejrzeć. 

Pójdę do pracy tuż po maturze. Nie chcę przeleżeć 5 miesięcy w łóżku (chociaż może…). Poza tym nie mogę być tylko i wyłącznie na utrzymaniu dość małej pensji mojej mamy. Chcę jej pomóc, w jakiś sposób, a postaranie się o wyeliminowanie chociaż jakiejś części kosztów swojego utrzymania jest dobrym pomysłem. 

Tak więc, w podsumowaniu, jak widzicie, naprawdę nie jest najgorzej. Serio. Trzymam się dzisiaj zaskakująco dobrze. Uśmiecham się, jestem wyspana, idę do szkoły dopiero na 12:00. Potem siłownia, trochę arkuszy maturalnych. Jest dobrze. 

Przyspieszyć rytm serca

Beznadziejne uczucie: żyjesz z dnia na dzień, bez planów, bez przeszkód, nic Cię nie ogranicza, nie zatrzymuje. Wiesz, że możesz w każdej chwili zrobić wszystko czego zapragniesz bez poniesienia konsekwencji. Szczególnie w wakacje, gdzie jesteś całkowicie wolna.. Nic ani nikt nie stoi Ci na przeszkodzie, by próbować życia. By je smakować. By żyć pełną piersią. Jednak podświadomość niemal krzyczy, że coś Cię omija. Że zbyt dużo tracisz, że coś tracisz. Dręczy Cię to i prześladuje pustką w sercu, której nie możesz zapełnić byle czym.

Czego Ci brakuje, hm? Masz niesamowitą mamę, z którą łączy Cię zaufanie, przyjaźń i nierozerwalna więź. Masz wspaniałą siostrę, co prawda upartą i nieznośną, z którą od czasu do czasu potrafisz się dogadać, ale dałybyście się za siebie pokroić. Masz cudownego chłopaka, który troszczy się o Ciebie, kocha Cię, chce spędzić z Tobą życie.

Masz plany na przyszłość. Wiesz czego chcesz. Za chwilę kończysz szkołę. Wkraczasz w samodzielność. W dojrzały, perfekcyjny świat „dorosłych”, który czeka na Ciebie z otwartymi ramionami.

Każdy kto patrzy na to wszystko z boku może powiedzieć, że to wydaje się takie… szczęśliwe. Niczego Ci nie brakuje. Masz wszystko czego do tej pory pragnęłaś.

Więc skąd to uczucie?

Otóż, nie. Nie mam wrażenia, że wykorzystuję każdy dzień co do sekundy, że żyję. Nie czuję tego tak jakbym chciała. Nie przekraczam granic, które sobie wytyczyłam kończących się na spokojnym, opanowanym i poukładanym życiu. Myślałam, że tak będzie lepiej, że trzymanie planu na każdy dzień w przemyślanym grafiku będzie dla mnie dobre i dzięki temu dam sobie radę. Nie zgubię się. Będę szczęśliwa. Myliłam się jednak.

Skąd te przemyślenia? Skąd pomysł żeby pisać takie rzeczy na blogu, na którego nie

wchodziłam od pół roku? A stąd, że moja siostra obudziła we mnie wątpliwości tylko kilkoma słowami:

” – Ej, no bo niby dlaczego nie wyskoczysz na piwo na plażę ze znajomymi? Co Cię tu trzyma, w domu? Wkurza mnie to, że masz tylu znajomych i nie potrafisz bawić się życiem.”

Głębokie, co? Tknęło mnie to dlatego, że osoba wypowiadająca te słowa, którą zawsze mam i będę miała za tą niesforną młodszą siostrzyczkę, ma rację. Nie bawię się życiem. Nie czuję, że żyję. 

Od tej pory mam to palące uczucie w klatce, by zrobić coś szalonego. Coś co mnie obudzi. Coś by poczuć, że tu jestem, że ta chwila się już nie wydarzy, że ta jedna jedyna sekunda jest warta zapamiętania do końca moich dni. Chcę poczuć jak krew krąży w moich żyłach, a serce przyspiesza.

Jak na razie jest tylko jeden moment, który to powoduje. Gdy on przy mnie jest. To są momenty warte zapamiętania. I nie, nie mówię, że to mi nie wystarcza, że to za mało. I nie, nie chcę żeby to się skończyło. Ale…

Ale boję się, że jeśli go stracę i nie będę chciała wspominać wspólnych zbyt bolesnych chwil to nie będę miała nic więcej w zanadrzu. Że nie przeżyję niczego więcej co może pozbawić oddechu… przyspieszyć rytm serca.

Krótka historia.

Uważam, że każdy z nas w jakiejś części jest pisarzem. Co dzień piszemy kolejny rozdział naszego opowiadania. Dbamy o szczegóły, drobnostki, które dobrze dopracowane dla kogoś innego mogą wydać się zbyt banalne lub sztuczne, ale nie dla mnie. Staram się pisać swoją historię tak, by ludzie znajdujący się w moim życiu chociażby na chwilę potrafili znaleźć choćby jeden fragment dla siebie. Tak, by się w nim odnaleźli.

Wyobraźcie sobie historię dziewczyny, zwykłej nastolatki, której wystarczyły dwa miesiące by zmienić wszystko.

W ciągu tych sześćdziesięciu dni odnalazła siebie. Znalazła swoje miejsce, którego jak dotąd wciąż szukała. Teraz już nie musi. Teraz wie gdzie należy. Poznała ludzi, tak niesamowitych, że nie potrafiłaby ich nie pokochać. Być może to właśnie w dużej mierze ich zasługa, że w tej chwili jest tym, kim jest. Do końca życia będzie im dozgonnie wdzięczna za ich niezwykłą zwykłość. Zaczęła doceniać rzeczy, które ma na co dzień, bez wygórowanych wymagań i stawiania sobie celów nie do spełnienia. Cieszy się każdą chwilą szczęścia, bo ma świadomość, że są one tak oryginalne i jedyne, że nie powtórzą się już w tej samej odsłonie. Nie ma zamiaru krzywdzić dłużej bliskich tylko po to, by pokazać wszystkim jaka jest silna, bo nie jest. Nikt nie jest. Uświadomiła to sobie o wiele za późno, ale równocześnie na tyle szybko, by naprawić to co dało się jeszcze odbudować. Dzięki temu znalazła też miłość.

Nie jest idealna. Nie ma idealnej miłości, ale dla niej On właśnie taki jest. Jest jej prywatnym ideałem, tylko dla niej. Jest dla niej tak ważny, tak bardzo potrzebny jej do życia, że osoba tak bliska w końcu staje się tlenem. Powietrzem, bez którego dusisz się i umierasz w męczarniach, w bólu, w zapomnieniu, jak to jest wziąć głęboki, życiodajny oddech. Ona wie, jak to jest umierać w ten sposób. Dzięki Niemu nie musi już tego czuć. Może odetchnąć Nim. Swoim Tlenem. Idealnym tylko dla niej.

Pierwszy września właśnie z impetem dał mi o sobie znać, ale nie boję się tego co mi oferuje. Mam zamiar czerpać garściami to co mnie czeka, bo wiem, że to jest właśnie moje życie i nie dostanę niczego więcej. Mam swojego chłopaka, swoją rodzinę, przyjaciół i ten świat, i muszę się tym cieszyć, bo dla nich jestem wyjątkowa. Oni mnie kochają. Nie musi kochać mnie cały świat. To co mam to i tak o wiele więcej niż mogłabym chcieć.

Fiesta!

Zaczęłam wakacje pełną gębą. Jedyne na co zabrakło mi czasu to pisanie na blogu. Wszystko co kocham, czego mi brakowało, czego potrzebowałam pojawiło się nagle, jak ta burza kilka dni temu zakłócająca ten gorąc i upał. Obudziłam się w środku nocy zbyt zaspana by stać i patrzeć na piękno błyskawic, ale ściana deszczu uderzająca w ziemię raz po raz świetnie wryła mi się w pamięć. Właśnie tak wyglądają teraz moje dni. Na każdy z nich spada właśnie taka nagła ściana szczęścia.

Pracuję odkąd tylko zaczęło się lato. Nie jest to zbyt wymagające zajęcie, ale zarabiam własne pieniądze i nie muszę nikogo już dłużej prosić o parę groszy na coś, na co mam ochotę. To niezłe uczucie, mieć własnoręcznie zarobione pieniądze i móc nimi zarządzać jak mi się żywnie spodoba. Owszem, praca zabiera mi dość dużo moich cennych wakacji, które powinnam przede wszystkim spędzać na odpoczywaniu od szkoły i mentalnym przygotowywaniu się do tego co czeka mnie we wrześniu, ale mimo wymieniania się z siostrą dzień po dniu (tak, dam jej też trochę zarobić, niech młoda uczy się odpowiedzialności) to i tak znajduję czas na przyjemności. Mam z tej pracy same korzyści: przebywam cały dzień na powietrzu, jestem opalona jak nigdy, poznałam fantastycznych ludzi, nie nudzę się w wakacje tak jak większość moich znajomych z liceum, chudnę w zastraszającym tempie, co odbija się pozytywnie na moim samopoczuciu i kondycji, ale przede wszystkim czuję tą niesamowitą satysfakcję, że nie przeleżę dwóch miesięcy do góry brzuchem. Chodzę lekko niewyspana, ale szczęśliwa, chociaż nie tylko zarobek ma na to wpływ. Kocham ten kontakt z ludźmi. Ten uśmiech wdzięczności, gdy mogę pokazać turystom właściwą drogę lub życzyć im miłego dnia w ten ukrop. Cieszy mnie to co robię i jestem pewna, że po powrocie do szkoły będzie mi bardzo brakowało zwykłego kontaktu z ludźmi, którzy wpływają na moje życie, a których już nigdy więcej nie będzie mi dane zobaczyć.

Po zakończonej lekturze Stephena Kinga pod tytułem „Joyland” mogę Wam powiedzieć, że to była najbardziej zaskakująca książka jaką kiedykolwiek przeczytałam. Nigdy w życiu nie spodziewałabym się takiego zakończenia. Do ostatniej kartki, do ostatniego zdania miałam przez cały czas otwarte usta w wyrazie zaskoczenia. Wow. Czegoś takiego jeszcze nie przeczytałam i jestem w cholerę zadowolona, że ta książka trafiła w moje ręce. W tej chwili jestem po 226 stronach najdłuższej i najcięższej książki jaką prawdopodobne zdarzy mi się czytać, również Kinga pod tytułem „Pod kopułą”. Podobała mi się już od pierwszego rozdziału i wcale nie narzekam nosząc te tysiąc stron w torebce każdego dnia.

Moje stosunki z rodziną i przyjaciółmi układają się niesamowicie dobrze. Dogadujemy się jak nigdy. Mama w końcu jest szczęśliwa i odrzuciła zupełnie stres związany z rozwodem i walką o alimenty dla mnie i mojej siostry. Cieszy się wakacjami tak samo jak my i wiem, że to może wyjść jej tylko i wyłącznie na dobre. Wspieram ją jak tylko mogę. Mam nadzieję, że o tym wie i da radę przejść przez to z pewnością siebie i przekonaniem, że teraz będzie już tylko lepiej.

Podsumowanie? Czytanie książek, praca, plaża, przyjaciele i rodzina, uśmiech na twarzy, opalenizna i aktywny wypoczynek to mój osobisty przepis na udane wakacje.

Nie tylko smutkiem żyją ludzie. Prawdziwym szczęściem trzeba umieć się cieszyć, ale przede wszystkim, trzeba umieć je dostrzec.

Dziesięć miesięcy.

Zajadam się właśnie płatkami z mlekiem i zastanawiam się jak mam podsumować ten dzień. A więc może tak:

Było nudno, długo, męcząco, ale szczęśliwie.

Tak. Wszyscy wydawali się zadowoleni, że ten pierwszy rok mają już za sobą. A gorszy przed sobą, chociaż nikt o tym teraz nie myśli. Nie podczas pierwszego dnia wakacji. Zakończenie się udało, aczkolwiek nie mogłam się doczekać momentu, w których chwycę to świadectwo, które mogło być o wiele lepsze (ale lenistwo mi na to nie pozwoliło…) i przebiorę się z galowych ciuchów w coś wygodniejszego, rozłożę się na kanapie i razem ze świeżo zakupioną powieścią Alex Kavy zacznę świętować dwa miesiące wolnego od szkoły.

Ten rok był pełen nowych rzeczy. Nowa szkoła, nowi nauczyciele, nowe przedmioty, nowi znajomi, nowe miejsce zamieszkania. Nowe nie zawsze oznacza gorsze. Wręcz przeciwnie. Okazało się, że wszystko co spotkało mnie w ciągu tych dziesięciu miesięcy było… Po prostu dobre. Pozytywne. 

Mam za sobą lepsze i gorsze chwile. Wiedziałam, że nie uniknę ani jednych, ani drugich. Podczas całego tego roku szkolnego towarzyszyły mi łzy, śmiech, rozgoryczenie, szczęście, smutek, zawód, radość, rozczarowanie, miłość. Wszystko takie jakie powinno być. W moich uczuciach zapanowała równowaga, na którą długo czekałam.

Wiem, że od września ostro zabieramy się do roboty z rozszerzeniami z biologii i chemii. I cieszę się z tego. Wreszcie będę uczyć się tego co mnie interesuje, co przyda mi się w przyszłości. Tak naprawdę uważam ten pierwszy rok stracony ze względu na to, że przedmioty, na których zależy mi najbardziej zostały po prostu zaniedbane. A po wakacjach wszyscy dostaną po tyłkach. Ale damy radę. Bo kto jak nie my.

Teraz została mi muzyka, filmy, książki, plaża, przyjaciele, seriale, odpoczynek, relaks, odpoczynek, odpoczynek, odpoczynek… 

Byle do wakacji.

Nadal mam problem jeśli chodzi o organizację czasu. Cóż… To się chyba nigdy nie zmieni. Ciągle coś wpada w mój terminarz niezapowiedzianie przez co inne sprawy czy zadania muszę przesunąć na inny dzień. Innym razem dostaję „leniwca” i nie zrealizuję niczego co sobie zaplanowałam. Panie…

Jestem już zmęczona. Ledwo ciągnę dzień za dniem. W klasach jest gorąco, na dworze jest gorąco, a w domu jest gorąco. Chyba tylko w mojej lodówce jest wystarczająco chłodno.

Nie mam już sił po ośmiu godzinach w dusznych klasach siedzieć jeszcze przy lekcjach i zakuwać do następnych sprawdzianów. Nauczyciele chyba też są wkurzeni, że muszą pracować w taki upał i wyżywają się na nas przez sprawdziany, kartkówki, próbne matury i rozprawki na dwie godziny.

Żeby chociaż trochę odpocząć wybrałam się z koleżanką na film Grace księżna Monako. Podobał mi się. Muszę stanowczo zaprzeczyć wszystkim krytycznym uwagom na temat mimiki Nicole Kidman. Robi świetnie miny i jest super aktorką!

Nie mogę się doczekać wakacji i tego poczucia, że mam przed sobą tyle wolnych dni tylko dla mnie. Byle do wakacji.