Idealnie oddaje mnie

Tak naprawdę to nawet nie wiem jak powinien zaczynać się ten wpis… Przez ostatnie dwa tygodnie czułam zbyt dużo na raz, w zbyt dużym natężeniu, bez chwili wytchnienia, bez ciszy, której potrzebowałam. Płakałam prawie cały czas. Choć uważam, że to dobrze. Łzy oczyszczają.

Teraz widzę, że babcia miała rację, mówiąc, że kiedy coś się sypie to zawsze parami. U mnie są to nawet trójki, piątki, a może i lepiej.

Nie dość, że stanęłam w miejscu to dodatkowo mam przed sobą białą kartkę. Od jutra do końca wszystkiego, nie mam przed sobą nic. Biel. To nie byłoby aż takie złe gdyby nie to, że nie mam nawet małego pomysłu jak ją zapełnić. Nie mam w tym momencie żadnego planu na siebie.

Ten wpis jest cholernie chaotyczny, wiem. I chce mi się z tego śmiać. Bo idealnie oddaje mnie.

To u mnie częste

Niestety, moje chcenie czegoś więcej stoi w miejscu… Ponieważ ja stoję w miejscu.

Prawdopodobnie wina leży w zmęczeniu. Nie fizycznym, z moją kondycją coraz lepiej, tak na marginesie, ale tym bardziej wewnętrznym. Nie mogę wykrzesać z siebie tyle ile bym chciała. Brakuje mi entuzjazmu. To jest u mnie częste ostatnio.

Praca nie okazała się tak cudownie cudowna jak myślałam. Rezygnuję lada moment, inaczej dostanę bzika dzięki mojej szefowej-tyrance-psycholce. Nie potrafię uśmiechać się od ucha do ucha w obecności klientów jeśli ona stoi nade mną i krytykuje nawet za to, że za głośno oddycham. Tak więc od piątku jestem oficjalnie bezrobotna. 

Gorsze jest to, że cieszę się na samą myśl. Mam znowu ten okres kiedy chcę być sama. Ciągle i ciągle. Nie czuję się wtedy źle, tylko lepiej. Nie muszę nic mówić ani się uśmiechać. Nie muszę z nikim przebywać. To najlepszy czas w ciągu dnia, gdy tuż po relaksującym prysznicu oglądam ulubiony serial z kubkiem kawy w ręku, której ciepło dodaje otuchy w takie ulewy.

Definitywnie kawa.

Klasa maturalna to jeden z najcięższych okresów, definitywnie.

Wstać. Kawa. Wyjść. Uczyć się. Kawa. Wrócić. Kawa. Uczyć się. Jeść. Kawa. Spać. I od nowa. Ciągle i ciągle.

Nie byłam w stanie robić nic innego, nic co sprawiałoby mi prawdziwą (taką naprawdę realną i prawdziwą) przyjemność. Fakt faktem, w weekendy znalazłam trochę czasu, by odłożyć repetytorium od biologii, ale zmęczenie brało górę…

Więc w sobotę o godzinie 21:28 leżę na kanapie i śpię, nieświadoma, że film, który chciałam obejrzeć właśnie się zaczął… Serio, nie mogę obejrzeć żadnego filmu od początku do końca.

Wiem, może trochę narzekam, ale z drugiej strony to ostatnio byłam naprawdę dzielna i nie miałam czasu na jakiekolwiek narzekanie, czy nawet myślenie o narzekaniu… Więc trochę muszę.

Czy działo się co nowego? Zapisałam się do pierwszej w życiu biblioteki. W końcu zdałam prawo jazdy. Biegam codziennie z psem po lesie, żeby uciec od tkanek roślinnych, komórek zwierzęcych i replikacji DNA. Słucham więcej muzyki, kiedy tylko mogę. Obwiesiłam tablicę korkową zdjęciami, cytatami i drobnymi pamiątkami, więc to dzieło jest już skończone. Nie przeczytałam od września ani jednej książki, która nie byłaby lekturą… W ramach kary, powinnam spędzić tydzień w mojej ciemnej i przerażającej piwnicy, której nienawidzę.

To był trudny czas. Wypełniony po brzegi czymś do zrobienia. Od dłuższego czasu chciałam tu wejść… Haha, pewnie zawsze to mówię… Tęsknię za pisaniem tutaj, często podświadomie, ale tak jest. To uzależnia i wciąga. Moje prywatne dragi we wpisach. 

Szkoła, brak czasu i męczący nauczyciele.

Mój spokój i spowolnienie całego biegu życia szlag trafił.

Tak, dokładnie. Mogę się pożegnać z leniwymi wieczorami i spokojnymi porankami. Biegam w tą i z powrotem. Sama zaczynam tracić wątek, mimo że wszystko po kolei zapisuję, co, kiedy, jak, z czego i gdzie. Inaczej pogubiłabym się we wszystkim i straciłabym głowę.

Wszyscy nauczyciele chyba się skrzyknęli. Na każdej lekcji jakby odtwarzali tą samą płytę musicie przygotować się na sprawdzian z…. Na Boga, serio? Wszyscy naraz? Kiedy mamy znaleźć czas na normalne życie albo chociażby zjedzenie normalnego posiłku? Nie mam czasu nawet spokojnie pomyśleć, bo już nachodzi mnie myśl, że muszę dobrze napisać następny sprawdzian z czegoś tam, bo chcę lepszej oceny na koniec. Taka gonitwa nie jest dobra, a uspokaja mnie tylko to, że potem przez dwa miesiące nie będę robić NIC. Poza tym nie mam kiedy użalać się nad sobą i jestem tak zmęczona, że bezsenność dała mi spokój. Przynajmniej na jakiś czas. To duży plus, racja? Co prawda, śpię tylko po pięć, sześć godzin, ale to i tak więcej niż kiedyś. Chociaż coś.

Zrobiłam się bardziej zawzięta i kiedy chcę się czegoś nauczyć to się uczę i potrafię. To samo dzieje się z dietą. Nie poddam się teraz. Docieram powoli do celu i to mi się podoba.

Zbyt dużo czuję naraz.

Jak to jest dowiedzieć się tylu nowych rzeczy o osobach tak bardzo bliskich? Jak to jest zobaczyć w nowej sytuacji kogoś, kogo znasz całe życie i w ogóle go nie poznać? To tak, jakby patrzeć na kogoś innego. Obcego. I to boli. Nie życzę tego nikomu. Przekonałam się jak to jest na rozprawie rozwodowej rodziców. Półtorej godziny spędzonej pod salą sądową, z osobami mi tak bliskimi, a jednak tak obcymi. Nie znałam ich od tej strony i wolałabym nigdy nie poznać, choć cieszę się, że nie będę się więcej okłamywać w ich ocenie. Nie są tacy jakby się wydawali. To wszystko to fałsz, kłamstwo i obłuda.

Dzisiaj znowu nie mogłam zasnąć. Podenerwowanie i zawód jaki mi sprawili zrobiły swoje. To nie tak, że nie chcę. Czuję zmęczenie, powieki same mi opadają, ale gdy kładę się do łóżka, sen po prostu nie przychodzi. Dlaczego tak jest?

Dlaczego każdej bezsennej nocy nie jestem w stanie powstrzymać się od bezsensownego planowania, wyobrażania sobie sytuacji, które i tak nigdy nie będą miały miejsca albo od obiecywania sobie czegoś, czego nigdy nie dotrzymam?

Każda bezsenna noc kończy się tak samo. Zasypiam o świcie z zaschniętymi łzami na policzkach. Tym razem nie było inaczej. Nie płakałam, bo moi rodzice się rozstali. Płakałam, bo nie umiem poradzić sobie sama ze sobą. Przeraża mnie co czuję, ile rzeczy na raz potrafi się we mnie obudzić. Złość, nienawiść, rozgoryczenie, zazdrość. Zbyt dużo czuję na naraz.

Nie byłam w stanie iść dzisiaj do szkoły. Nie mogłam stanąć przed tymi ludźmi i udawać, że wszystko jest w porządku i nic mi nie jest. Widzieliby czerwone powieki i ten krzywy uśmiech. Pytali by, a pytania są niezręczne.

10 godzin.

Jestem zmęczona.

Póki co tylko tyle mogę napisać. Nie było mnie tu długo (obiecałam sobie właśnie, że będę pisać częściej, ale ze mną to nic nigdy nie wiadomo), bo praktycznie nie mam na nic czasu. Ledwo starcza mi na złapanie kanapki w biegu albo przywitanie się z mamą. Wszyscy mi powtarzają, że to przecież jest liceum. Ale to znaczy, że w liceum mam tylko i wyłącznie się uczyć? Jak to jest możliwe, że zgubiłam gdzieś czas dla samej siebie, którego kiedyś miałam tak dużo? Owszem, trochę zawaliłam organizację dnia, ale co z tego? Czemu ten czas aż tak szybko ucieka mi między palcami? Ciągle gdzieś biegnę albo próbuję nauczyć się czegoś w szybkim tempie i ciągle coś czytam. Niestety, nie jest to kolejna książka Kinga, która w tym momencie, świeżo ze sklepu, czeka na półce już ponad miesiąc. Nieotwarta.

Prawie nie śpię. Kładę się do łóżka, zgaszam światło, otulam się kołdrą, ale sen nie przychodzi. Potrafię tak patrzeć się w sufit przez całą noc. Od tygodnia trzymam się może na 10 godzinach snu. Tylko dzięki temu funkcjonuję w miarę normalnie.

Ale przecież komu to jest potrzebne? Na pewno nie mi. Miśka-hardcore nie wymięka. Jasne.

Nowa?

„ Daj ko­muś ogień, a będzie mu ciepło przez je­den dzień, ale wrzuć go do og­nia, a będzie mu ciepło do końca życia. ”


Może pomyślicie, że jestem dziwna. Może, że jestem wariatką. Może, że jedyna nadzieja dla mnie jest w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym. Trudno. To są moje wspomnienia, przemyślenia, notatki. Gdybym przejmowała się tym co uważają o mnie inni nigdy nie założyłabym tego bloga, tak naprawdę. (To taki zdeterminowany wstęp na wszelki wypadek).

Czuję się słaba. Psychicznie i fizycznie. Nie jest ze mną tak źle jak było, ale mimo wszystko jestem zmęczona. Tym porannym wstawaniem. Tą dziwną atmosferą między mną a zbuntowaną tnącą się siostrą i płaczącą w poduszkę mamą. Tą gonitwą za odpoczynkiem, którego i tak nie dostaję. Tak, wiem, narzekam jak cała reszta populacji rocznika ’97, ale w końcu po to stworzyłam ten blog, racja? Dzisiaj byłam w domu sama, więc odrzuciłam kolejne odcinki seriali i Kinga na bok. Na jakiś czas. Zapisałam na kartce wszystkie rzeczy, które mam sobie do zarzucenia. To, że jestem leniwa. Nie staram się. Nie angażuję się. Nie potrafię doprowadzić niczego do końca. To, że zamykam się przed bliskimi, mimo że oni próbują mi pomóc. To, że krzywdzę innych. To, że uważam, że dla nikogo nie jestem idealna, perfekcyjna. To, że nie jestem czyimś pierwszym wyborem.

Zgniotłam ją i tak po prostu przyszło mi do głowy, że ją wyrzucę, ale jak w transie sięgnęłam po zapalniczkę. Bez zastanowienia podpaliłam kartkę. Przestraszyłam się na moment. A jeśli włączą się zraszacze? A jeśli pozwą mnie za narażenie bloku mieszkalnego na straty? Jednak tym zaczął się ulatniać i nic się nie stało. Żadnej straży pożarnej, żadnej wody cieknącej z sufity. Nic. Przez jakieś 2 minuty wpatrywałam się w ogień. Był ciepły. Przyjazny. Pochłaniał kartkę bardzo łapczywie. Z pragnieniem. Niemal obiecywał, że razem z tą kartką spłonie każdy mój problem, każda wątpliwość. Nawet nie drgnęłam. Płomień zgasł, a ja raptem się ‚przebudziłam’. Zdaję sobie sprawę jak dziwnie to brzmi, ale… Nie potrafię tego wytłumaczyć. To było coś takiego… To się chyba już nie powtórzy, a ja chyba naprawdę jestem chora. Cóż… Może to, że wypisałam sobie wszystko, że przyznałam przed samą sobą ile błędów popełniam w pewnym sensie mnie zmieniło. Czuję się… Lżejsza.

Lżejsza o jeden płomień.

„ Lep­szy mały ogień, który nas og­rze­wa, niż wiel­ki, który może nas spalić. ”

Zamieszanie, święta i ogólne wyczerpanie.

Cała ta afera wokół świąt to nie dla mnie. Kilka dni „świętowania” z mojego punktu widzenia to opiekowanie się młodszym kuzynostwem, bo DOROŚLI coś tam. Szczerze? Nic dobrego z tego nie wyszło. Przytyłam kilogram i dodatkowo jestem jeszcze bardziej zmęczona niż przed wielkanocą. Za co?! Cóż… W środę do szkoły, kilogram zgubię wbiegając na 3 piętro do klasy, a młodszego „kuzynka grubaska” nie zobaczę przynajmniej z miesiąc. Znowu wpadnę w wir nauki i zakuwania do egzaminów. Tak, tak… Mimo, że jestem wierząca i praktykująca (i nawet jestem w trakcie przygotowywania się do bierzmowania) nigdy nie zastanawiałam się głębiej nad istnieniem czy nie istnieniem Boga. Przejęłam religię po rodzicach i tak zostanie. Wierzę w jakąś większą siłę, która steruje naszym życiem, wiem, że gdzieś jest nam to wszystko pisane, a jeśli mam uważać, że to Bóg, to niech tak będzie.
Mam nadzieję, że święta minęły Wam tak jak chwielibyście by minęły. Brakuje nam tylko jednego…. WIOSNO, COME HERE! NOW!

Całuski :*